obr10a.jpgobr10a1-un.jpgobr15a1-un.jpgobr4a1-un.jpgobr6a1-un.jpgobr7a1-un.jpg

Absolwenci

Oto niektórzy z naszych absolwentów, z którymi chcemy zapoznać innych:

 

 

Wspomnienie ks. bpa Krzysztofa Nitkiewicza "Moja pierwsza szkoła"

 

Często odwiedzam różne szkoły. Za każdym razem, kiedy staję przed gronem pedagogicznym  i uczniami, ożywają wspomnienia moich szkolnych lat. Prawdę mówiąc,  są one mało wyraziste, bo upłynęło dużo czasu. Powraca raczej jak łagodna fala atmosfera tamtych beztroskich dni. Tak je dzisiaj postrzegam, chociaż razem z innymi wypełniałem codzienne uczniowskie obowiązki.

Naukę rozpocząłem w starym budynku Szkoły Podstawowej nr 5 przy ul. Pałacowej. Pamiętam z niego jedynie masywne ławki, ciemne korytarze i ogromne podwórze. Obok szkoły stała drewniana budka ze słodyczami, a przede wszystkim z gumami do żucia chałupniczej  produkcji, na które wydawaliśmy nasze oszczędności. Nauka szła mi dobrze i na koniec  czwartej klasy otrzymałem nawet w nagrodę książkę Arkadego Fiedlera „Kanada pachnąca żywicą”. Rodzinę miałem dzięki Bogu bezproblemową i religijną, a nasza wychowawczyni pani Pisarska była osobą niezwykle ciepłą. Jej syn chodził zresztą do tej samej klasy ale nie okazywała mu specjalnych względów. Razem z nim oraz kilkoma innymi uczniami tworzyliśmy grupę artystyczną, występującą podczas różnych uroczystości. Od samego początku pełniłem funkcję recytatora i tak zostało do ósmej klasy.

Grube mury szkoły chroniły nas przed tym, co działo się na zewnątrz. Pamiętam tylko, jak któregoś grudniowego dnia 1970 r. pani Pisarska przyszła na lekcję zapłakana. Od razu skojarzyłem to sobie z widokiem milicjantów w hełmach i z karabinami, których spotkałem po drodze przy ul. Kraszewskiego. Wychowawczyni niczego nam nie tłumaczyła. Powiedziała jedynie drżącym głosem : „Mam nadzieję, że to się nigdy nie powtórzy”. Kiedy wróciłem do domu ,rodzice opowiedzieli mi o tragicznych wypadkach na Wybrzeżu i dziesiątkach zabitych.

Po przeniesieniu szkoły do budynku przy ul. Kamiennej nastąpiła dwukrotna zmiana na stanowisku wychowawczyni. Została nią ostatecznie pani Warakomska. Mniej więcej w tym samym czasie przeprowadziliśmy się z rodziną z ul. Warszawskiej na ul. Bema i musiałem odtąd dojeżdżać do szkoły. Potrzebowałem trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do nowej sytuacji. W klasie panowała na szczęście dobra atmosfera. Zgodnie ze wskazaniami Dantego dążyliśmy do wiedzy i cnoty (por. Boska Komedia, Piekło XXVI, 19). Po zajęciach szkolnych spotykaliśmy się na lekcjach religii w salkach katechetycznych przy Farze, a w Wielkim Poście na rekolekcjach. Raz poszliśmy całą klasą do Cerkwi na pogrzeb ojca jednego z kolegów. Pomimo tego, że ówczesny system edukacyjny nie faworyzował sfery życia religijnego uczniów, wywierało ono bardzo pozytywny wpływ na wzajemne relacje. Umacniały je dodatkowo wycieczki i organizowanie uroczystości szkolnych. Wyłamałem się tylko raz, kiedy mieliśmy uczestniczyć w pochodzie pierwszomajowym według specjalnie ułożonej choreografii.

Niektóre szkolne znajomości przetrwały do dzisiaj. Podczas pracy w Rzymie zdarzało mi się kilkakrotnie przyjmować dawnych kolegów. Do szkoły przy ul. Kamiennej nigdy nie wróciłem, ale czuję się z nią związany. To była przecież moja pierwsza szkoła.

bp Krzysztof Nitkiewicz

Więcej o ks. biskupie - zobacz

   

  • Robert Jóźwiak - Zastępca Prezydenta Białegostoku

 

        Wybory 1989

 

     Wiosna 1989 roku była pełna emocji. Rodzice bez przerwy rozmawiali o Okrągłym Stole i zbliżających się pierwszych wolnych wyborach. Mimo że mieliśmy wtedy tylko po 13-14 lat, udzielała nam się tamta niesamowita atmosfera. Codziennie jeden z kolegów, którego ojciec działał w Komitecie Obywatelskim, przynosił do szkoły gazetkę „Dobro Wspólne”, a potem „Gazetę Wyborczą”. Szczytem marzeń było posiadanie nalepki z napisem „W samo południe” i szeryfem na tle napisu Solidarność. Czy faktycznie interesowały się tym wszystkie nastolatki? Dzisiaj trudno powiedzieć. Ale dla mnie i moich najbliższych kolegów to była wyjątkowa wiosna. Oprócz pierwszych wolnych wyborów do Sejmu i Senatu, szykowaliśmy się do swoich własnych – wyborów do Rady Samorządu Uczniowskiego.

     Co roku wiosną, w okolicach Święta Szkoły, mieliśmy do czynienia z namiastką demokracji. Przynajmniej tak nam się wydawało. Każda klasa wyznaczała swojego kandydata do Rady Samorządu Uczniowskiego, który był umieszczany na liście wywieszanej na widok publiczny oraz na kartach do głosowania. W dniu Święta Szkoły wychowawcy prowadzili do sali gimnastycznej całą szkolną brać – od nauczania początkowego do klas siódmych. Ósmoklasiści chyba nie głosowali, bo przecież za chwilę opuszczali szkołę. Każdy uczeń pracowicie kreślił kandydatów i wrzucał swoją kartę do urny. Komisja wyborcza może nie zawsze była bardzo poważana, ale starała się robić dobre wrażanie. Oczywiście najczęściej stosowanymi metodami wyboru kandydatów było skreślanie wszystkich dziewcząt lub wszystkich chłopaków. Sam tak pewnie robiłem, będąc w trzeciej lub czwartej klasie. Ale święcie wierzyliśmy, że wybieramy swój samorząd. Co prawda rola jego członków ograniczała się tylko do prowadzenia apeli szkolnych, ale przewodnicząca (dlaczego zawsze dziewczyna?) cieszyła się, zwłaszcza wśród młodszych chłopaków, ogromnym uznaniem. I powodzeniem oczywiście.

     Wiosną 1989 roku, kiedy naszych rodziców pochłaniała bez reszty polityka, postanowiliśmy wspólnie z Piotrkiem Sosnowskim, wówczas moim najlepszym kolegą, nie tylko wystartować w szkolnych wyborach, ale przeprowadzić prawdziwą kampanię wyborczą. Przed nami jeszcze nikt tego nie robił. Sami też nie bardzo mieliśmy pojęcie, jak zacząć, ale na szczęście od samego początku czuwał nad tym mój ojciec. Zaczęliśmy od pisania programu. Tata zadbał, żeby postulaty nie były zbyt rewolucyjne. Chcieliśmy szkoły przyjaznej i bezpiecznej, z poszanowaniem Kodeksu Ucznia. Potem przystąpiliśmy do malowania plakatów – oczywiście wszystko ręcznie. W różnych miejscach szkoły znalazły się afisze zachęcające do poparcia naszych kandydatur. Największy zawisł przy sekretariacie. Wreszcie dzień przed, a może nawet w dniu wyborów, rozdawaliśmy malutkie ulotki z naszymi nazwiskami i hasłem „Głosuj na nas!” O czymś takim jak cisza wyborcza nie mieliśmy pojęcia. Tekst na ulotkach pięknym pismem technicznym napisała nam chyba mama Piotrka, a potem powielaliśmy je w nowo otwartym punkcie xero. Na ulicach Białegostoku już toczyła się walka wyborcza na plakaty. Wszyscy dorośli czekali na wybory do Sejmu i Senatu. A my mieliśmy swoją małą kampanię, w której pomagali i kibicowali nam koledzy, a przede wszystkim rodzice.

     Efekt był piorunujący. Ulotki, plakaty – cała kampania przyniosła nam największą ilość głosów. I wtedy zaczęły się schody... Faworytka w wyborach, Małgosia z VIIc, dostała mniej głosów niż ja i Piotrek. Ale od momentu podania wyników wyborów stało się jasne, że, jak przewidywał Regulamin, przewodniczącym Rady Samorządu Uczniowskiego może zostać osoba wybrana przez nowych członków. Zostały przeprowadzone wewnętrzne wybory, w których wygrała oczywiście Małgosia, a my zostaliśmy jej zastępcami. Pozwolono nam nawet na przeprowadzenie kilku apeli... Dzisiaj się z tego śmieję, ale wielka satysfakcja z wygrania wyborów wiosną 1989 pozostała na całe życie.

     Mój syn, dzisiaj uczeń drugiej klasy Szkoły Podstawowej Nr 5, już zapowiedział, że kiedyś też wystartuje w wyborach do samorządu. Na pewno będę mu kibicował i pomagał. Tradycja zobowiązuje!

Robert Jóźwiak
absolwent z roku 1990


     Obyście wyrośli na ludzi


  Ukończyłem Szkołę Podstawową Nr 5 w Białymstoku jako najmłodszy z pięciorga rodzeństwa. Wydaje mi się to bardzo ważne, że dwie moje siostry, dwóch braci i ja – wszyscy skończyliśmy tę samą szkołę i wszyscy ją mile wspominamy.

     Tak się złożyło, że „wyszliśmy na ludzi.” – kiedyś tak się mówiło i tak mówiła moja mama, żegnając nas krzyżem na drogę. „Obyście wyrośli na ludzi” mówiła i znaczyło to, że życzyła nam pomyślności i żebyśmy godnie żyli i uczciwie pracowali, służąc innym ludziom. Moja siostra do dziś jest lekarzem, druga już wprawdzie nie żyje, ale pracowała jako nauczycielka w przedszkolu, jeden brat był marynarzem, kapitanem na statku, drugi inżynierem, architektem, zaś ja, najmłodszy, jestem aktorem i profesorem w Akademii Teatralnej. Służymy ludziom, jak umiemy najlepiej. A nasze drogi zaczęły się w „Piątce”. Dyrektorem wtedy był Pan Pawłowski. Pan Puciłowski uczył nas gimnastyki, polskiego pani Grabowiecka, historii pani Ołdytowska. Wszystkich nauczycieli pamiętam i wszystkich mile wspominam, choć nie wszystkich z nazwiska. Ale najcieplej wspominam moją pierwszą panią, która na boisku szkolnym w czasie rozpoczęcia roku szkolnego 1960/1961 przygarnęła nas, tworząc klasę Ib i wprowadziła do mojej pierwszej sali, która wypełniona była kwiatami i przedziwnymi eksponatami, bo później okazało się, że jest to klasa od przyrody. Pani Kudelska była wysoką i bardzo dystyngowaną osobą. Pamiętam ją, bo była naszą wychowawczynią przez pierwsze trzy lata. Potem była pani Jodkowska, później pani Dziemian – matematyczka. W 1968 roku ukończyłem szkołę z samymi piątkami od góry do dołu, zaś moja mama dostała na zakończenie roku piękną wiązankę kwiatów od dyrektora szkoły, bo wraz ze mną kończyło edukację w „Piątce” rodzeństwo Damulewiczów. Tak się wtedy wydawało, ale przecież do „Piątki” trafiły później moje dzieci :Tomasz i Karolinka, a w tym roku, roku jubileuszu, do tej samej szkoły, do pierwszej klasy, idzie mój wnuk Tycjan. Trzecie pokolenie tej samej rodziny rozpoczyna edukację w Szkole Podstawowej numer 5 w Białymstoku. Oby memu wnukowi i wszystkim jego koleżankom i kolegom było w tej szkole tak dobrze, jak mnie i moim dzieciom. Z okazji jubileuszu wszystkim pracownikom i wychowankom życzę, by czas spędzony wspólnie w szkole był szczęśliwy.

 

Piotr Damulewicz

      Moje życie związane jest z „Piątką”

 

     Wiele z moich wspomnień ze Szkoły Podstawowej Nr 5 wiąże się ze szkolną biblioteką. Z dzisiejszej perspektywy biblioteka nie była może wielka, ale jej półki, wypełnione po brzegi nie tylko lekturami szkolnymi, ale także piękną polską i obcą literaturą dziecięcą i młodzieżową, nęciły i pobudzały wyobraźnię. Były niezastąpionym źródłem nie tylko rozrywki, ale także ważnych dodatkowych lekcji historii, geografii, kultury i języka polskiego.

     Panie bibliotekarki, za moich czasów pani Bogumiła Kaczyńska i pani Pelagia Jodkowska, oprócz lektur podsuwały też inne ciekawe książki do czytania. Zdawały się zawsze wiedzieć, co zaproponować! Dyżury w bibliotece pozwalały na samodzielne odkrywanie na półkach coraz to nowych „skarbów”. W trudnych latach osiemdziesiątych książki wypożyczane ze szkolnej biblioteki pozwalały mi, wraz z ich bohaterami, przeżywać niezwykłe przygody oraz pomagały zrozumieć siebie i otaczający nas świat.

    Zamiłowanie do czytania pozostało mi do dziś i jestem za to naszej „Piątce” i jej skromnej, a jednocześnie bardzo bogatej, bibliotece ogromnie wdzięczna.

Małgorzata Korolkiewicz

 

 

Nasi nauczyciele, którzy uczyli się w murach "Piątki" 

  • Mirosław Beń
  • Renata Grzybowska-Pawlak
  • Julita Gregorczuk
  • Alina Prażmowska
  • Janina Szwatro